Road trip to Verdun – w krzywym zwierciadle (z zapisów dziennika pisarza polnego vel kałamarza-gryzipióra)

...i stało się. 21.05.2016 wyruszyliśmy w naszą podróż w nieznane, ku nowej przygodzie, pełni nadziei na spełnienie kolejnych swoich marzeń podbicia nowych krain na zachód od naszego grodu. Jako żywo docelowym naszym kierunkiem było historyczne miasto Verdun ( a raczej miasteczko, miasteczuniuniunio), które było świadkiem walk pierwszo-wojennych sprzed stu laty. Jeszcze przed samym wyjazdem pojawiły się niemałe kłopoty związane z dyliżansami. Jak i czym jechać? Jak się zabrać? Ale udało się...stajnia Peugeota i Volkswagena, i Toyoty zapewniła nam przejazd. Zatem nie było innej możliwości jak tylko wyruszać.

O dziwo zmobilizowaliśmy się dosyć sprawnie (obsuwa tylko godzinna) więc strachu nie ma. Pierwsza stacja – Radymno i Marie oraz Zbysiu ON BOARD?. Bez niego wyprawa byłaby niczym przysłowiowa kaszanka...monotonna i mało emocjonująca w szczególności dla kolegów z czarnej Wołgi francuskiego wykonawcy oraz operacji o kryptonimie „Stejsi”, ale o tym później. Kolejno Dżarosław – zgarniamy przygotowanego na wszystko her Doctore i naszą Rafalalę – głównego planistę naszej wędrówki, która jak się później okazało była tak napięta jak plandeka na żuku ale dzięki temu zobaczyliśmy multum świetnych rzeczy. Wyruszamy więc, na początek w kierunku na Bochnię i Krakau po kolejną część naszej brygady. Tam niczym feniks z popiołów wyrasta jak spod ziemi mega pomarańczowy dyliżans dosłownie i w przenośni „KBC wolkswagyn”. Po w miarę sprawnej przepakowance zamieniamy Toyotę na busa i lecimy po Tomisza kolejnego spragnionego przygód wieloepokowego woja. Zatem skład już ustalony. Ekipa primo bez sternika: Tomek, Saper, Miro, Zbysio und her Doctor, ekipa drugie primo: Marija, Jarek, Mariuszek, Tomisz, Marek, Rafalala i Kawowy. Niestety nie mam okazji redagowania tego, co dzieje się w czarnym wehikule zatem jeśli w moim pamiętniku wrzucę jakieś wstawki będą one przeplatane tylko subiektywnymi odczuciami wyniesionymi albo wchłoniętymi w pomarańczowym busie dzieci kwiatów (mając na uwadze unijne wytyczne niedługo okaże się, że pomarańcz to kwiat stąd moje wyprzedzające porównanie?). A więc lecimy przez nasz kraj piękny i szeroki...bardzo szeroki, mega szeroki...ta szerokość zdaje się nie mieć końca, ale euforia trzyma nas na duchu. Mimo dość plusowej temperatury trzymamy się świetnie. Współpraca drajwerów z obu pojazdów idzie nadzwyczaj dobrze. Wewnątrz panuje iście sielankowa atmosfera. Jest wurst, czekolada, ogólnie jest super. Marija potwierdza, że jest zdrowa, Marek częstuje tym co ma najlepszego w danej chwili?. Jest wesoło i ciekawie. Czas mija w miarę szybko z przerwami na sen?. Przeskakujemy granicę w Olszynie i jesteśmy na enerdowskiej ziemi. Trasa mija od snu do snu?, zahaczamy o przystanek „dushbath” za sporą kwotę ojro i w końcu, gdy zaczęło się ściemniać przekraczając Łabę zdecydowaliśmy się na przystanek namiotowy nad pięknym jeziorkiem Barleber See I pod Magdeburgiem. Szybka lokacja na campingu dosyć ciekawym pozwoliła na szybkie wypady dwóch ekip. Pierwsza powtórnie pojechała do „dushbath” (ponoć im się tam wcześniej spodobało, dodatkową atrakcją była propozycja przebieżki po autostradzie)? natomiast druga pod pretekstem poszukania fortyfikacji, gdzie więziony był marszałek Józef Piłsudski postanowiła pojeździć sobie po Magdeburgu (jakby im było mało) vanem dzieci kwiatów kilkakrotnie zmieniając drogę wszystko po to by ostatecznie zasięgnąć języka u poczciwego taxówkarza?. Ot takie ciekawe zakończenie dnia.

Następnego ranka tj. 22.05.2016 rozpoczęło się szybkie zwijanie obozu powiązane ze śniadaniem i nasz polski folklor pozostawił tylko wspomnienia na magdeburskiej dzielnicy. Z uśmiechem pełni wiary ruszyliśmy, mijając granicę- dawną zonę NRD/NRF (mega sceneria którą można wykorzystać do Assasian Creed bądź Medal of Honour - „Could war”) do następnego naszego przystanku w Deutsches Panzermuseum Munster...tak, tak w tym Munster, a nie w MÜNSTER. Jak wielkie znaczenie mają niemieckie kropki mieliśmy się przekonać boleśnie na naszych zadkach już za chwilę. Będąc niedaleko Osnabrück przyszło olśnienie na temat kropek i panzersztrase. Po chwili namysłu i zrobieniu fotografii przez przydrożną fotobudkę daliśmy tył na lewo i krokiem skoczka szachowego około 200km pojechaliśmy do Munster, tym razem na północ?. W końcu zaczęliśmy zwiedzanie. Pierwsze wrażenie w poczekalni - takie se. Po wejściu do sali głównej...ogólne WOW. Zwiedzanie zaczyna się od dioramy niemieckich dowódców pancernych, makiet i hełmów oraz perełki w postaci dioramy z pierwszo-wojennym czołgiem A7V. Nasi nadworni fotograficy mieli używanie. Panzer 1, PzKpfw I, PzKpfw 38, PzKpfw III, PzKpfw IV, Wesper, Tygrysek I, M4 Sherman, StuG III, Humel, JagdPanzIV, JagdPanther. Ale najważniejszą gwiazdą wystawy był Tygrysek Królewski. Nie obyło się bez bujania na lufie i mierzenia siebie względem tego kolosalnego kotka. Mnóstwo motorów, wozów bojowych...szok. Oprócz dotknięcia, przytulenia czy polizania można było oczy zostawić. Zatem brak Pantery dało się jakoś przeżyć patrząc na samo jej działo czy eksponat acht koma acht. Jakoś dziwnym trafem nikt zbytniej uwagi nie zwracał na T34 czy Su 100. Druga część muzeum to wystawa broni pancernej okresu zimnej wojny – kawałek muru berlińskiego, wozy pancerne Bundeswery, między innymi T- 54, Leopardy. Wówczas w co poniektórych obudziły się niespełnione marzenia z marynarki i yellow submarine zatem postanowiono odpalić torpedoes los. Na całe szczęście bosmanmat, i starszy mat opanowali swoją żądzę rozpętania konfliktu międzynarodowego tym samym muzeum ocalało. W 3-ecim pomieszczeniu odnaleziono nawet min. izraelską Merkave. Ostatnie z pomieszczeń to przegląd broni ręcznej maszynowej, zbiór mundurów, między innymi Guderiana czy Roomla. Znalazły się także odznaczenia oraz jako ciekawostka – jest buława marszałkowska gen. Von Kluge. Cholera, warto było zmienić kierunek i pooglądać maszyny tworzące historię.

Po takich wrażeniach i po krótkim naładowaniu akumulatorów ruszyliśmy w kierunku Arnhem, tak, tak niedaleko MÜNSTER. Od tego momentu motywem przewodnim staje się hasło szefa wyprawy „szybko – nie mamy czasu”, które będzie nam towarzyszyło do końca naszego wyjazdu przysparzając nam treningu lekkoatletycznego w iście mistrzowskim tempie Usiana Bolta ( to taki Jamajczyk-ponoć szybki). Nawet spiekota i mega spektakularna burza nie przeszkodziły nam w przekroczeniu granicy niemiecko-holenderskiej. Dojechaliśmy więc do Arnhem w umówione miejsce i...klapa. Nikt nie chce nas wpuścić na camping. Wszystko dlatego że się spóźniliśmy i nikt nie pracuje (sic! – w naszym kraju byłoby to nie do pomyślenia). Na całe szczęście wyciągnęliśmy asa z rękawa – przewodnik, a raczej nasza rodzinna przewodniczka rozumiejąca dialekt niderlandzki dogadała się na tyle że pozwolono nam pod rygorem zachowywania się mega cichutko (bo ponoć wszyscy już śpią) rozbić swoje namioty. Dojeżdżamy na wyznaczone miejsce, a tam...o matko...wigwamy...zamknięte na kłódki (wtf?!), co najmniej 12 osobowe, prawie jak na prerii. Deszcz leje, wigwamy stoją...połączenie polskiej pomysłowości z zaistniałą sytuacją powoduje szybki abordaż jednego z nich („ooo patrzcie w tym nie ma kłódki”?)...niekoniecznie z wolą właściciela i po chwili do snu kołysze nas słodkie chrapanie Zbysia i Doctora:). Żeby nie było - myliśmy się. Campingi na zachodzie to inny level niż nasze i za fajw juro jest nawet ciepła woda pod prysznicem:)

Kolejny dzień 23.05.2016 przyniósł nam zapowiedź kolejnych ciekawych chwil. Szybki eskejp z wigwamów jak gdyby nigdy nic, jeszcze przed przybyciem latającego holendra, śniadanie, pakunek, zapłata i...”szybko, szybko bo nie mamy czasu”, bo Airborn Museum operacji Market Garden w Oosterbeek czeka. Pierwsze podejście do w deszczu...nieudane. Mamy godzinę do otwarcia więc startujemy na zakupy prowiantowe. Tu prym wiedzie holenderskie choco choco i puszkowe frykasy. Nafutrowani jak dobra kasza skwarkami wracamy by obejrzeć coś czego jeszcze na swoje oczy nie widzieliśmy. Podchodząc pod muzeum jesteśmy mocno zaskoczeni, bo tak na dobrą sprawę „phi co ciekawego może być w takiej małej willi”. Niemniej jednak pakujemy się za 9 ojro i lecimy na pierwsze piętro. Pierwsza sala na dużym telebimie 20-sto minutowy filmik omawiający operację Market Garden i to w języku polskim. Dookoła 3 plansze z twarzami pojedynczych desantowców brytyjskich, polskich oraz obrońców z niemieckich dywizji pancernych. Ponadto gabloty z oznaczeniami ugrupowań wojskowych alianckich i niemieckich czy mundur wraz z medalami porucznika Frosta, który próbował utrzymać most na Renie ze swoimi żołnierzami. Są też wszystkie rodzaje hełmów wojsk biorących udział w walkach. Kolejne sale co raz bardziej ciekawsze, postacie ubrane w mundury różnych jednostek, mnóstwo szczegółów, wiele broni, interaktywne półki z niezliczoną ilością oryginalnego szpeju. Nawet manekin z Polandem tylko trochę taki ciemnoskóry? Z Rafalalą nasze słitfocie zdają się nie mieć końca. Możliwość przymierzenia hełmu MK1 czy obcowanie z Garandem w dłoni - świetne uczucie ale jakoś tak mi mało. Wychodząc na klatkę schodową mam lekki niedosyt. Że niby to już? Przecież ledwo, co minęła godzina zwiedzania. Po chwili słychać w niższych partiach budynku soczyste pozdrowienie w staropolskiej łacinie. Oho...to nie był jęk zawodu lecz raczej zdziwienia. Gonimy więc jak na skrzydłach w dół. Po czym widzę minę Mirka, której nigdy nie widziałem i nie potrafię jej odgadnąć. Mówi coś niezrozumiale i ciągnie nas za rękę. Nagle widzę tylko ciemność...po czym słyszę głosy. Coś się kotłuje, ktoś krzyczy, gada, słyszę ryk samolotów, straszny harmider, wybuchy. Oczy przyzwyczajają się i widzę, że jestem w samolocie desantowym. Za oknem widać skaczących skoczków, samoloty innych załóg...szok. Pilot stojący w kokpicie uzmysławia mi w którym kierunku lecimy. Wokół mnie koledzy rekonstruktorzy, za mną spadochroniarze, rety co tu się dzieje. Nagle słychać „go, go, go, go”. Wypadamy z samolotu desantowego przez otwarte drzwi i lądujemy w samym środku makiety lądowiska. Szybkie przyfocenie sytuacyjne naszych zdziwionych facjat i już biegniemy drogą w tunelu w kierunku znaku na Arnhem. Nagle trafiamy w samo centrum walk o ulice w Arnhem. Wybuchy, światła, wystrzały, krzyki, ciemno, jasno, porozwalane kamienice, gruz, szkło, rozwalone samochody w których jakaś rudowłosa niewiasta leży uśmiercona bez butów. Dobiegamy by skryć się do pierwszej kamienicy, ale co to...niewidoczna w ciemnościach szyba odbija mnie do tyłu. W środku widzę żołnierzy brytyjskich, po części rannych, na których twarzach rysuje się mega zmęczenie. Jedynie radiooperator podaje stale koordynaty. Nagle wybuch uciekamy do następnej kamienicy..ale obok Niemcy. Czmychamy szybko w szyku między walającymi się cegłami i kurzem i wpadamy w jakiś tunel, który prowadzi nas na zewnątrz miasta. W oddali słychać polskich żołnierzy, niedaleko wody, ładują moździerz, krzyczą jeden do drugiego prosząc o pomoc w przeprawie. Chyba jeden dostał. Obok desantowcy brytyjscy...jest znacznie ciszej. Rzeka prowadzi nas do wyjścia...Uff ale przeżycia. Z wypiekami na twarzy powoli eskejpujemy się ku wyjściu ale co to...jeszcze jedna sala...W rozwalonych pomieszczeniach widać sztab obradujących dowódców. Próbuje ich podsłuchać ale nie mówią głośno...obracam się a za mną w drugim pomieszczeniu sytuacja zdaje się być dramatyczna. Kapłan w mundurze pochyla się nad rannym żołnierzem na noszach trzymając go za rękę, reszta żołnierzy ze smutkiem się przygląda...Nagle słychać znajomy głos „szybko, szybko nie mamy czasu”. Zatem z Rafalalą ruchem konika szachowego wypadamy z muzeum i udajemy się do naszego super dyliżansa. Następny przystanek cmentarz wojenny Oosterbeek. Po chwili jesteśmy na miejscu. Szczęka opada na ten widok. Mimo deszczu cieszę się jak dziecko. Cmentarz jest ogromny, zadbany i ładnie urządzony. W moment chwilę znajdujemy polskich żołnierzy 1 SBS gen. Sosabowskiego. Nie jest ich wielu ale robi wrażenie. Szybkie oddanie hołdu, kilka zdjęć i startujemy dalej, kierunek Breda i cmentarz, gdzie pochowani są „maczkowcy” jak i sam generał Stanisław Maczek. Po dłuższej chwili Breda wita nas również deszczem. Ale nic to...szukamy pochówku pancerniaków. Gdzieś jest ale gdzie...Po zaciągnięciu języka (szacunek dla tamtejszej młodzieży, która zna naszą historię) trafiamy na miejsce. Świetnie utrzymane choć maluteńkie. Przy samej drodze niedaleko stadionu NAC Breda i...krematorium. Białe tablice w stylu zachodnim z mosiężnymi napisami z imieniem i nazwiskiem poległych. Najbliżej pomnika nagrobek generała. Widać że Holendrzy dbają o to miejsce...kwiaty, wstęgi, gdzieniegdzie znicze. Udaje nam się odnaleźć nawet ślązaka – E. Cieślar, który walczył w holenderskim ruchu oporu. Jest też kilku polskich pilotów. Chwila zadumy i znów „szybko, szybko nie ma czasu”. Jeszcze chwila u bardzo miłych pań kierujących owym krematorium i lecimy - kierunek Belgia, a konkretnie Ypres – miasto doszczętnie zniszczone w wyniku działań pierwszo-wojennych, czyli w moim przekonaniu pewnie jakieś gruzowisko.

Ogólnie północna Belgia przywitała nas chłodem i autostradami ale już nie padało. Gdzieniegdzie zaczęło pojawiać się słońce więc od razu lepiej na duszy. Po dwóch przystankach będąc niedaleko Ypres przejeżdżamy koło pierwszo-wojennego muzeum urządzonego w...kościele. Jak się okazuje jest to miejscowość Hooge, w której linia frontu przechodziła wielokrotnie z rąk do rąk. To tutaj wykorzystano pierwsze miotacze ognia, to tutaj w czasie walk tworzono podkopy pod linie przeciwnika i je detonowano. Zatem hamulec i lecimy na zwiedzanie. Niestety odbijamy się od drzwi. W poniedziałki „zakritu na zimu”. Naprzeciwko jednak znajduje się cmentarz żołnierzy brytyjskich i francuskich. Bardzo ładny, niewielki acz kameralny i bardzo zadbany. Typowo zachodni, z monumentami bocznymi i pomnikiem. Jak się okazuje takich cmentarzy wokół jest bardzo wiele. Na tabliczkach, 20, 23 25 lat... Budzi to we mnie szacunek i uczucie bezsensowności prowadzenia wojny. Po krótkiej chwili wracamy do naszych maszyn obładowani przy okazji plonami pól rolnych. 10 minut później wjeżdżamy do Ypres – rondo z największym hydrantem, gdzie nieustannie leje się woda i starówka ogrodzona fosą wodną i starym murem. Budownictwo wewnątrz miasta zapiera dech w piersiach. Przed nami katedra, budowana w technice gotyckiej, w której obecnie znajduje m.in. muzeum I wojny światowej - cel naszego zwiedzania. Jesteśmy w szoku nad pięknem, bo historia, którą znamy mówi, że po czterech bitwach w mieście i okolicach, gdzie po raz pierwszy wykorzystywano gaz bojowy w postaci chloru oraz iperytu cały gród został zrujnowany. Jakże pięknie jest teraz odbudowany. Istna perełka. Co ciekawe w czasie II wojny światowej Brygada Pancerna generała Maczka odbiła to miasto z rąk niemieckich (w głównym miejscu jest tablica upamiętniająca to wydarzenie) Dobiegamy do muzeum i...znów odbijamy się. Tym razem spóźniliśmy się. Zapada więc decyzja o ponownym przeprowadzeniu szturmu z rana dnia następnego i znalezienie miejsca spoczynku. Obie decyzje trafne bo pozwalają nam na bardziej szczegółowe zapoznanie się z miastem, połażenie po sklepach z fantami. Zaskakuje nas wszystkich fakt, że sprzedaż i kolekcjonowanie wykopków nie stanowi problemu prawnego. Ja natomiast zafascynowany jestem bramą miejską zwaną Menenpoort na którym widnieją nazwiska poległych alianckich żołnierzy – ogrom nazwisk. Markowi udaje się znaleźć bardzo polsko brzmiące Gryniewicz. Miasto fenomenalne. Bardzo przypomina mi Przemyśl jeśli chodzi o bogactwo architektoniczne i możliwości turystyczne, a i jak się okazało wieczorem tak samo uśpione. W obozowisku namioty już rozłożone, wspólna uczta obfituje w wiele śmiechu i takiego naturalnego scementowania naszych więzi przypieczętowane indiańską fajką pokoju i naparem z szyszek. Dla zwiększenia wrażeń jeszcze raz piechotką startujemy do centrum tym razem zaczerpnąć nocnych uniesień po czym oddziałem wracamy do obozu.

Dzień 24.05.2016 zaczyna się od dosyć sprawnej zbiórki, pakowania obozowiska i...dosyć niebezpiecznego w skutkach urazu Mariusza. Na szczęście umiejętności her Doctore zaradziły problemowi niemniej jednak pamiątka na całe życie. Punkt 9-ta szarżujemy w kierunku drzwi wczoraj niezdobytego muzeum. I tu znów polska pomysłowość daje znać o sobie. Tomek przekonuje kilka osób by przyłączyły się do naszej bandy na czas zakupów biletów i w ten sposób u zyskujemy oszczędności i uśmiech owych rekrutów. Dostajemy opaski interaktywne na rękę w postaci kwiatka makowego, śmigamy na pierwsze piętro, rejestrujemy się w systemie interaktywnym i zaczyna się zdobywanie wiedzy. Panuje półmrok, nastrojowa muzyka, pełna grozy cicho wypełnia tło. Na podłodze mapy z zaznaczonymi miejscowościami i granicami zwaśnionych państw. Wszędzie multimedialne wystawy emitujące zdjęcia czy filmy, opisujące różne zdarzenia. W małych szczelinach jakby ścian czy skał zainstalowane są wizjery które uruchamiają się po dotknięci interaktywnych opasek uruchamiają obraz z różnymi ciekawostkami. Wszędzie dioramy, mapy, opisy walk. Przepiękne są makiety pól walk w skali mini. Mną wstrząsnęła małe wejście między owe ściany, gdzie pokazane zdjęcia nieżyjących żołnierzy. Muzeum zaopatrzone w wiele szczegółów, fantów. Pięknie wyglądają gabloty z mundurami poszczególnych wojsk biorących udział w konflikcie. Zmianę umundurowania w przeciągu 4-ech lat trwania wojny widać najbardziej w mundurze francuskim...i te ich czerwone gacie. Na myśl przychodzi mi jedno - jak można było być tak nieroztropnym i przyodziać swoich żołdaków w coś tak niepraktycznego, przecież widać ich było co najmniej z kilometra. Nagle ktoś za mną mówi coś do mnie. To telebim z różnymi postaciami. Takie żywe multimedialna przekazywanie przeżyć, bazujących na autentycznych zapiskach sprzed 100 lat, przedstawiane w sposób nowoczesny przez aktorów poprzebieranych za żołnierzy stron konfliktów, księży, sanitariuszki. Ich opowieści budzą gęsią skórkę. Znalazły się także pomysłowo wykonane gabloty z mundurami i szczegółami mundurów każdej z walczących stron. Wiele obrazów wojny. Swoją salę mają Kanadyjczycy. Na dodatek po raz pierwszy zobaczyłem mundur belgijski. Ogólnie wrażenia mega. Polecam to miejsce. Niemniej jednak znów na naszym cyferblasku okazuje się że mamy opóźnienie. Lecimy wiec ...kierunek Passchendaele, czyli miejscowość niedaleko Ypres, gdzie przed stu laty toczyły się bardzo krwawe walki, gdyż alianci chcieli zrobić tam wyłom we froncie i odciąć wojska niemieckie od portów w Belgii, a Ci potrafili się temu przeciwstawić. Bitwa w ogromnie ciężkich warunkach. Bagno, woda, morze błota, sieć bunkrów, umocnień, zasieków. Szacuje się, że życie straciło około 750 tysięcy żołnierzy walczących stron. Zatem jeszcze tylko nektar chocolisimo i lecimy. Po drodze zahaczamy o muzeum Hooge Crater, do którego nie mieliśmy dostępu wczoraj. Niby małe, umieszczone w starym kościele, a jednak pojemne. Mapy, dioramy świetne, ustawione z pomysłem i smakiem. Natomiast sprzętu, broni, fantów, szczegółów w przeliczeniu na metr kwadratowy pomieszczenia wydaje się nie mieć końca. Istny zawrót głowy. Niby prywatne muzeum, a tak dopracowane, że aż zazdrość bierze, że w takim Przemyślu Państwowe muzea to przy tym składzik pamiątek z pielgrzymki. Na uwagę w szczególności zasługuje świątynia Sapera. Coś niesamowitego. Z zaskoczenia tym co zobaczyliśmy wyrywa nas standardowe „szybko, szybko nie mamy czasu”. Niestety nie zdążamy zwiedzić pozostałości po kraterach, podkopach i lejach. Zwijamy więc ekipę i startujemy do Passchendaele. Większość z nas oglądała film o takim tytule i wyobrażenia mamy lekko rozbudzone zatem pełni nadziei przyjeżdżamy na miejsce. Na pierwszy plan mhh miejsce gdzie ulokowane jest muzeum wygląda jak jakiś park w Bolestraszycach. Trochę trawy krzewów, jakieś roślinki i strzałki gdzie iść. Dochodzimy i znów willa kilkupiętrowa. Zadbana, ładna, wiele masztów z flagami. Wchodzimy więc. Nie udaje się wytargować niższej ceny na „almost 15” ale i tak startujemy – po to tu jesteśmy. Góra nie jest rewelacyjna, jakiś kawalerzysta na koniu ale idziemy dalej. Przemieszaliśmy się z wycieczką szkolną z Holandii i nadal wleczemy się wytrwale w hałasie. Kilka oszklonych gablot z mundurami, postaciami...dla nas weteranów poprzednich muzeów nic nowego. Niemniej przechodzimy do następnego pomieszczenia i zaczyna się nowoczesna interaktywność czyli na LCD wtopionych w ścianach wyświetlane są filmiki (niestety w większości po francusku). Dalej zauważamy cztery skrytki z wyprofilowanymi nosami. Z tabliczek wynika że to „zapachy” różnych gazów bojowych np. chlor, fosgen, musztardowy...rewelacyjny pomysł. Otwierasz skrzyneczkę, przykładasz nos i niuchasz. Mnie spodobał się fosgen, słodki i zabójczy. Trzeba iść dalej. W kolejnym pomieszczeniu Maria odnajduje w ścianie okular przez, który widać ciekawy film...tylko dla dorosłych Poza tym dużo takich rzeczy jak hełmy czy karabiny, które można dotknąć, ubrać się w nie. Ja z racji swoich upodobań zwracam uwagę na wystawę poświęconą Equpie Nationale Militaire czyli piłkarskiej militarnej reprezentacji Francji w piłce nożnej i oryginalnej piłce bodajże z 1916 roku. Po chwili jednak droga biegnie ku dołowi i przed nami widać szalowanie drewniane i zejście do podziemia. Wygląda to zjawiskowo....Schodzimy więc w dół po stromych drewnianych schodach i od tej chwili mamy wrażenie jakbyśmy znajdowali się w podziemnych schronach. Światło lamp mrugające, imitujące płomień, wąskie niewielkie pomieszczenia dopełniają całość lekkiej niepewności. Wszystko w półmroku, obite drewnem. Oczywiście musieliśmy sprawdzić nośność i elastyczność prycz. W każdym z pomieszczeń co manekiny przedstawiają inną sytuację – ranni, cieśle, pisarze frontowi, karciarze, kucharze polowi. Fajne te okopy, zrobione ze smakiem tylko niestety nieco wąskie, co przy pałętającej się holenderskiej młodzieży ze względu na dobre odżywienie cesarsko-królewskich obsrajnóg staje się lekkim problemem. Przechodzimy powoli z drewnianego do blaszanego typu schronu – różnica w budowie kolosalna i natrafiamy na mega dużą salę z dwu tonową haubicą M13 Kruppa i wystawą pstrokato wymalowanych pocisków. Kolejno oddzielonymi witrynami wystawiono różne rodzaje broni, szpeje, śmigła z samolotów Sopwith Camel oraz Bristol F1, a pomiędzy nimi wiele oryginalnych egzemplarzy ciężkich karabinów maszynowych, m.in. Vickers 7.7. Po drugiej stronie witryn znajdują się wystawy osobno dla każdego rodzaju wojsk z opisem i mapami, gdzie walczyli jakie jednostki...dosłownie wszystko o Tommy’s, Diggers, Kiwi’s, Canuck’s, czy prusakach czyli nacjach biorących udział w walkach frontu zachodniego. Pod sufitem podwieszone dwie repliki samolotów Bristol oraz Sopwith. Mnie zainteresował pancerz okopowy wykorzystywany w wojsku pruskim, który można było założyć na siebie i przekonać się że taka kupa żelastwa uniemożliwiała ruchy na pierwszej linii. Ciężkie cholerstwo. Powoli zbliżamy się do wyjścia ale co to...miłe zaskoczenie. Okazuje się że to nie koniec, bo wychodzimy wprost do okopu na zewnątrz. Świetnie pomyślany system okopów różnego typu. Przechodzi się z jednego do drugiego. Wrażenia nieziemskie. Brytyjski, niemiecki i francuski model. Każdy inny. Sesja fotograficzna wykonywana na bieżąco. Potem wchodzimy do jakiegoś domku imitującego życie wiejskie tamtego okresu. Następnie droga prowadzi znów do willi i natrafiamy na pomieszczenie ze zbiorem płyt nagrobkowych poległych żołnierzy, sztandary oraz fajną makietę sieci tuneli i podkopów pod zniszczonym kościołem. Umordowani ale szczęśliwi kończymy zwiedzanie owego muzeum. Czas płynie jakby wolniej. Powoli wracamy do pojazdów mijając obok kolejny kawałek muzeum, na które zdecydowała się już tylko część z nas. Po krótkim parkingowym posiłku decydujemy się na wyjazd, bo...nie ma czasu - tym razem kierunek Francja, a konkretnie NORMANDIA i Arromanches czyli miejsce lądowania desantu brytyjskiego na odcinku GOLD w operacji Overlord . Część trasy pokonujemy na śpiąco. Przejeżdżamy koło Lille niedaleko Dunkierki. Po drodze mijając wiadukt prowadzący na Calais widzimy ciekawy ostrzegający znak drogowy „Refugees”. Kolejno będąc już w pięknej geograficznej krainie Normandii mijamy bokiem Amines, Rouen dojeżdżamy do mostu nad kanałem Sekwany w Hawr. Każdy z nas w szoku widząc tą piękną budowlę mająca chyba z kilometr długości i wznoszącą się na wysokość około 50 metrów, a w tle rozlewisko morza północnego na tle zachodzącego słońca. Mega wrażenie, ale jedziemy dalej bo... nie mamy czasu. W końcu przejeżdżamy przez Caen – ładne stare miasto, nadkładamy drogi bo remonty i gonimy pełną parą do Arromanches. Tych widoków nie zapomnę nigdy. Z odległości około 10km do wybrzeża widać morze, pagórki, zakręty, ciasne uliczki, wiele chateau. Szkoda że się tak spieszymy bo warto byłoby się zatrzymać i pofocić trochę ale lecimy bo już jesteśmy spóźnieni do miejsca zakwaterowania. Dojeżdżamy do Camping Municipal, a tu...wszystko pozamykane. No i znów wrodzona polska pomysłowość każe nam otworzyć bramę i wjeżdżamy spokojnie nie przypuszczając późniejszych wydarzeń. W ciemnościach i przy silnym wietrze zaczynamy na szybko rozbijać obozowisko, gdy wtem pojawia się chyba typ wynajęty do prowadzenia w/w campingu i gardłuje w naszym kierunku, że jak tak możemy po nocy przyjeżdżać (godzina była około 22), jak mogliśmy otworzyć bramę i tak sobie wjechać, że mamy się w 3 sekundy wynosić, że nie ma dla nas miejsca, bo jak nie to ajlawju. Grzecznie tłumaczymy, że wcześniej umawialiśmy się że przyjedziemy z lekkim opóźnieniem. Na to ów typ o rysach uchodźcy z Afryki słysząc nasz angielski nagle dostaje amnezji i przechodzi na dialekt francuski wygrażając się że w sumie to on już nie pracuje i nie może nas przyjąć. Jakież było jego zdziwienie że i na dialekt francuski byliśmy przygotowani. Nasza Marii zaskakuje delikwenta rozumieniem tematu i odpowiada w tym, że języku „fouą fouą fouą fouą” co znaczy tyle, co „koleś spoko, byliśmy umówieni, bardzo przepraszamy ale zostajemy tylko do rana i spadamy”. Pacjent daje za wygraną, przekonuje go chyba nasz stopień wrzenia i ogólnie kilka łacińsko polskich stwierdzeń coś o bloody poles. Udobruchany wizją zarobku decyduje że jutro punkt 9:00 meldujemy się u niego w zagrodzie z kaską. OK amigo, masz jak w banku. Na zgodę przynosi nam…przejściówki z trójfazy ale ogólnie mamy go w poważaniu. W efekcie zostawia tylko jeden. Próbujemy się jakoś szybko rozłożyć, na szybko skorzystać z kuchni gdzie jest ciepło i przytulnie omawiając plan dnia jutrzejszego. Jednak część z nas ma mało wrażeń wychodzimy w ciemną noc na wybrzeże pooglądać przypływ i wzburzone morze. Wokół żywej duszy nie uświadczysz. Jest pięknie, nostalgicznie i tylko szum morza przełamuje ciszę. To był wykańczający, pełen wrażeń dzień ale mega udany.

Dzień 25.05.2016 zaczyna się od szybkiej pobudki, mycia, szamki i pełnej gotowości bojowej. W oczekiwaniu na punkt 9:00 jakaś anormalna pani sprzątająca posadza nas o zrobienie bałaganu pod prysznicami i wali do nas syczące teksty w stylu „fouą, fouą, fouą” co zostaje skwitowane przez nas jakże słodkim pozdrowieniem w stylu „sypyry”. Ja nie wiem co noszą w sobie Ci ludzie ale ewidentnie mają manię wyższości, nieuprzejmość ustawioną na +10 w skali Beauforta i ogólnie przejawiają model roszczeniowy do osób innej nacji. Dlaczego są natomiast tacy przyjaźni do ów refugees to nie mam pojęcia. I pomyśleć, że w 1940stym Maczkowcy próbowali walczyć ze ten naród. U nas słowo droższe piniendzy więc punk 9-ta stawiamy się u pretensjonalnego jegomościa z wczoraj (odkrywamy dlaczego wczoraj był tak rozsierdzony – ehh te kobiety i szalejący sztorm) i w kolejeczce jak za czasów PRL-u ustawiamy się jeden za drugim. Mirek z Marii w sposób mistrzowski pięknie rozgrywa akcję dokument za dokument? Jednocześnie gościowi ewidentnie sprawia trudność spisywanie ze słuchu polskiej mowy typu Grzegorz Brzęczyszczykiewicz, Chrząszczyżewoszyce, powiat Łękołody. Odpuszcza nam spisywanie pozostałych personaliów otwiera nam bramę i w geście podziękowania dostaje od nas gest Kozakiewicza i krzyżyk na drogę (chyba nie był muzułmaninem więc to adekwatne określenie).

Od tej chwili zaczyna się nasze zwiedzanie odcinka Gold, gdzie w operacji Overlord wylądował desant brytyjski 50-tej Dywizji Piechoty. Wybrzeże piaszczyste umieszczone pomiędzy wielkimi klifami. Po wczorajszej wieczornej eskapadzie widzimy, że morze cofnęło się o dobre 300 metrów więc łazimy po piachu zwiedzając stare żelbetowe kesony czyli jedyne zachowane części portu przeładunkowego tworzonego przez aliantów celem dostarczenia ekwipunku bojowego walczącym wojskom sprzymierzonym. Świetne te ustrojstwa no i ładnie zachowane. Teraz dopiero na własne oczy można ocenić jak wielkie było to całe klockowanie portu i ile potu ludzkiego kosztowało. Po sesji zdjęć decydujemy się na Musée du Débarquement czyli pierwsze z muzeów operacji Overlord. Prócz ciekawych makiet wystawy kompletnie rozczarowują. Witryny, które widzieliśmy wcześniej bija na głowę to muzeum. Na plus trzeba zaliczyć opis w języku polskim oraz mundur „maczkowca” wraz z odznaką „wiewióra”. Jak dla mnie strata czasu i kasiury. Niemniej jednak czekamy, aż wszyscy się odnajdą, między czasie robimy sobie fotki z acht koma acht umiejscowioną na wybrzeżu, zbieramy muszelki i ruszamy w trasę. Kolejny przystanek Bayeux. Na pierwszy ogień idzie Memorial Museum of the Battle of Normandy. Przed wejściem Sherman obok „88-emka” zatem wchodzimy. Pierwszy plan to plan konferencji, na której zapada decyzja o operacji Overlord. Pokazani dowódcy, imitacja pokoju, mapy, szpeje…no ciekawe. I za chwilę zaczyna się już coś ciekawego, bo wystawy podzielone są na dni z „D-day”. Prócz wystaw eksponatów w oryginalnych mundurach znajduje się również wyposażenie. Bardzo fajnie się to ogląda gdy idzie się chronologicznie dzień za dniem. Do każdego dnia opis, mapy, ruch wojsk, podział dowódców jednej jak i drugiej strony. Super prezentuje się Pak 38, odznaczenia „silver star” czy „purple heart”. Dla mnie maniaka fotografii największą uwagę wzbudzają mega duże planszowe zdjęcia z tamtego okresu. Świetnie uchwycone. W ścianach pod wybranymi datami są monitory LCD z krótkimi filmikami opisującymi rzeczywiste momenty w różnych rejonach Normandii. Fajnie to wygląda. W sali zwracam uwagę na jeden eksponat, a mianowicie na polskiego Vis-a – jest piękniutki. Po długim obejrzeniu przechodzę do sali kinowej gdzie wyświetlany jest 30 minutowy filmik na temat operacji Overlord z autentycznymi zdjęciami. Po zakończeniu przechodzę do ostatniego pomieszczenia i …WOW. Na pierwszy plan wysuwa się Sexton – samobieżna haubico armata z polskimi oznaczeniami maczkowskiej brygady pancernej. Jest pięknie zachowany. Dużo dział przeciwlotniczych. Jest nawet wóz radiolokacyjny do którego można zaglądnąć, śmigło, z któregoś z alianckich samolotów i prześwietna makieta w skali 1:1 imitująca scenerie frontu normandzkiego. Oczywiście da się zauważyć czerwony POLAND na ramieniu jednego z manekinów a już nie sposób przegapić czarnego beretu z orzełkiem w koronie. Wrażenie dość pozytywne. Warto było. O dziwo przy wyjściu nie ma popędzania, toteż dostajemy czas na własny road trip drepcedesem. Tworza się grupki. Część z nas startuje do centrum zwiedzić drugie dosyć ciekawe muzeum w Bayeux, w którym znajduje się ponoć największa jedwabna tkanina. Ponoć warte zobaczenia niemniej na wolę oręż niż tkaniny zatem z Rafalalą kierujemy się na cmentarz wojenny, w którym odnajdujemy m.in. nagrobki polskich żołnierzy „czarnej kawalerii” poległych za Francję w 44-tym. Zaskakuje nas różnorodność nacji. Korzystając z chwili czasu decydujemy się ruszyć do centrum. Małe francuskie uliczki, sklepiki, restauracyjki robią wrażenie. Jednakże piorunujące wrażenie robi Notre Dame Cathedral. Cudo. Budowana w gotyckim stylu z ponad tysiącletnia tradycją. Przypomina mi katedrę na Hradczanach w Pradze. Miejsce godne polecenia. Po chwili udaje nam się wszystkich złapać zatem zbieramy się na umówioną godzinę do wyjazdu i po niewielkich zakupach, oczywiście z bagietkami i francuskim choco choco podążamy ku wybrzeżu. Miejsce docelowe Point du Hoc miejsce lądowania Rangersów. Oczywiście w między czasie daje się nam we znaki strajk nalewaczy paliwa i aktywnosć tylko samoobsługowych stacji benzynowych gdzie kolejki jak na Kalwarię, a tankiren tylko do 20 ojro. Swoją drogą jakoś w mediach nie „majnstrimy” jakoś nie wyją, że taka sytuacja osłabia gospodarkę. W Polsce zostaliby potępieni na wieki, że o hejcie nie wspomnę. Niemniej wracając do tematu jedziemy ku północy, na odcinek Omacha Beach. Ale co to…trafiamy na kolejne muzeum „Overlord museum” w Colleville-sur-Mer. Ryzykujemy? A co nam to szkodzi…ryzykujemy? I wiecie co Wam powiem – to był strzał w dychę tak, że aż rozerwało tarczę. Z zewnątrz klocek, pierwsza sala podwieszona V1, łeeeee takie se. Kolejne pomieszczenie widać przedruki z gazet, geneza wybuchu drugiej wojny. Tu i ówdzie polskie słowa. Za chwilę pierwsze wzmianki o desantowcach brytyjskich, desantowcy amerykańscy no i super bohaterskie „le frans rezistau” – francuski ruch oporu. Dużo mapek, szpeju, gabloty zrobione ze smakiem. Nagle mega duże pomieszczenie, w tle muzyka, nad nami rozpoznawczy Storch. Przed nami makieta lądowania na Omacha beach. Z jednej strony Niemcy walą z armaty z drugiej amerykanie, Sherman, piasek, wybuchy... WOW. Ciężko mi wzrokiem zatrzymać się na jednym elemencie. Ktoś celuje do mnie z bazooki, tu z karabinu, miga światło, w tle krzyki hałasy nawoływania, piasek, charakterystyczne nabrzeżne przeszkody desantowe w postaci X. Jejku ile tu się dzieje. Istny zawrót głowy. W oddali widać barkę desantową LCM na niej żołnierzy, obok wyładunek. Po chwili jesteśmy już w normandzkim miasteczku między siłami alianckimi. Brytyjczycy próbują nawiązać łączność z dowództwem. Dwóch kreśli mapę, reszta czeka. Wszystkie manekiny jakby w ruchu, każdy o w innej pozie, każdy z inna mimika twarzy. Az dziw bierze, że tak można wykonać super makiety. Ich szczegółowość, pomysłowość sprawia, że sam czuje się jakbym był jakimś korespondentem wojennym i uczestniczył w samym centrum wydarzeń. Przechodząc dalej widzimy scenę schwytania niemieckiego żołnierza przez zmotoryzowany patrol Royal Armoured Corps. Nieco dalej ukryta w zabudowaniach drużyna Waffen SS. Kolejno na ulicy pewnego francuskiego miasteczka Sdkfz z niemieckim żandarmem sterującym ruchem. Ale co to – w oddali zza witryny sklepowej przygląda mu się francuski ruch oporu – ten sam który widzieliśmy na samym początku. Świetne i pomysłowe połączenie dwóch makiet. Po drugiej stronie imitacja naprawy zniszczonej Pantery, wszędzie odgłosy maszyn i rumor żołnierzy pracujących przy reperowaniu. Niespodziewanie, zaraz po obróceniu się zauważam niedaleko kościoła Panzer IV z dowódcą w wieżyczce. Co za ogromna ta maszyna. Niedaleko niego w ukryciu Kanadyjczycy i Brytyjczycy obok zniszczonego pojazdu. Tym przyglądam się pieczołowicie, aż jeden z nich nie zwraca na mnie uwagi ze srogą miną. Odpuszczam bo w oddali zerka ukradkiem czołgista i pilot amerykański. Dalej ruch wojsk niemieckich na jakimś rozdrożu. Tą drogę trzymają jeszcze Niemcy ale już nie długo. Widać że zwijają się w znacznym tempie, rowerami czy w pojazdach. Muzeum kończy się ciekawym ułożeniem gazika amerykańskiego – pytanie tylko dlaczego jest on w pionie? Ehhh wychodzimy z muzeum z bananami na ustach z ogromnym niedowierzaniem... WOW. Było warto.

Z takiego oczarowania wyrywa nas krzyk "szybko, szybko bo nie ma czasu”. Stwierdzamy, że to istne szaleństwo i rollercoster. Taki swoisty "bułgarski kołowrotek" na szczęście jeszcze w wydaniu softowym?. Kolejny przystanek - amerykański cmentarz wojenny w Colleville-sur-Mer, gdzie pochowano blisko 10 tysięcy żołnierzy walczących o Normandię.

Po kilku chwilach wjeżdżamy na parking i zwartą grupą idziemy w kierunku cmentarza. Po drodze jest mauzoleum ale groźnie wyglądający ochroniarze zniechęcają nas do wejścia w tamto miejsce – wiadomo amerykański obiekt więc wszystko sprawdza się szczegółowo. Mimo że nie weszliśmy do środka to jednak ryzykujemy i idziemy górą. Piękna panorama, wybrzeże i ciekawa kompozycja zakończenia tego mauzoleum. Jednak lecimy dalej, właściwe miejsce jest jak wskazują strzałki dalej. Po drodze wspólna fotografia na tle klifowego wybrzeża. W końcu docieramy. Na pierwszy rzut oka, włosy stają dęba. Krzyży, gwiazd całe morze, w równych rządkach, z przystrzyżoną trawą, pogrupowanych na strefy, gdzieniegdzie małe amerykańskie flagi. Wygląda to pięknie ale i przerażająco. Całkiem inaczej odbiera się oglądając Szeregowca Ryana, a całkiem inaczej na żywo. Akurat trafiamy na moment gdy ściągana jest amerykańska flaga, oczywiście przy akompaniamencie trąbki. Całość robi wrażenie. Mnie to miejsce poruszyło jeszcze bardziej niż dotychczasowe zwiedzone przez nas miejsca pochówku. Znów zadaję sobie pytanie – i po co to wszystko? Niewyobrażalna ilość bieli i zieleni. Z oddali widać akwen wodny w stylu amerykańskim, a za nim monument wraz z otaczającymi półokręgiem kolumn gdzie po jednej ze stron znajdują się mapy ruchu wojsk amerykańskich i całej operacji Overlord. Wszędzie przystrzyżone i uformowane drzewka. Zupełnie inaczej niż wygląda to na polskich cmentarzach wojennych.

Ale czas na zwiedzanie się kończy bo przecież przed nami Point du Hoc, więc ruszamy. Myląc drogę trafiamy na miejsce lądowania 58 batalionu artylerii, który trafił na ciężki opór czyli sławny sektor charlie. Na wspinającym się obok klifie widać fortyfikacje. Chłopaki mieli tu naprawdę ciężko. Zawracamy. Po drodze łapiemy miejsce noclegowe na świetnie urządzonym campingu. Przemiła właścicielka zaklepuje nam miejscówkę, a my jedziemy dalej. W końcu docieramy. Na wzgórze prowadzi teren lekko zalesiony, który zasłania widok morza. Po drodze mijamy muzeum, które jest już nieczynne (pomimo „szybko, szybko” nie zdążyliśmy). Zauważamy również płaskorzeźbę opisującą zdarzenie oraz plansze ze zdjęciami i krótkimi opisami przeżyć przypadkowo wybranych Rangersów, którzy zdobywali klif. Idąc dalej wyznaczoną trasą spoza krzaków ukazuje się rozległy teren pagórkowaty, z ogromna ilością lejów po ostrzale artyleryjskim, w oddali fale wzburzonego morza. Widok robi wrażenie. Klif jest bardzo wysoki, zbocze strome. Natrafiamy na pierwsze fortyfikacje żelbetowe, pomysłowo skryte, z podziemnymi pomieszczeniami, na powierzchni tylko nieznaczna ich część przystosowana teraz dla ruchu turystycznego. Obok widać miejsca, gdzie stały 155mm działa artyleryjskie. Gdzie okiem sięgnąć wszędzie dosyć głębokie leje. Wyobrażam sobie jakie piekło tu rozgorzało przed samym atakiem 2-go batalionu Rangersów. Dochodzimy do miejsca najbardziej wysuniętego, na którym obecnie stoi obelisk. Stąd widać sąsiednie klify i plaże odcinka Utah oraz dalszą część Omaha. Te 155-tki miały tu niezłe pole do ostrzału. Już teraz wiem dlaczego ten przyczółek był tak ważny by go zdobyć. Dalej nieco w głębi lądu widać chyba jedyną pozostałą betonową kazamatę artyleryjską, która nie została mocno zniszczona. Oczywiście nie bylibyśmy sobą jakbyśmy wszystkiego nie fotografowali nie próbowali zwiedzić wszystkich szczelin. Imitacja nalotu szturmowego też nam się udała. Cieszę się, że udało nam się zwiedzić to miejsce. Nauka z filmów to nie to samo. Po ponad godzinnym zwiedzaniu postanawiamy wrócić do punktu Charlie celem sprawdzenia przekonania się na własnej skórze jak to jest zamoczyć nóżki w Kanale La Manche. Ale cóż to…nagle jak spod ziemi, z morza na plażę atakuje znany mi oddział żołnierzy CK Armii. Jasny gwint, przeniosłem się w czasie czy jak? Normalnie popłoch na plaży. Widzę dowódcę jak szabla pokazuje kierunek natarcia. Uczyli mnie na historii że Normandię zdobywali Rangersi, kiedyś Brytyjczycy ale nie CK? Skąd tu oni? Ale, ale…są bez spodni i butów jednakże uzbrojeni. Nie no cyrk. Widać tez że prowadzą jeńców w tym jakąś kobietę wychodzącą spośród fal. Brrrrr w ogóle im nie zazdroszczę. Woda musi być nieźle zimna. Miny przechodniów bezcenne. Odwrócili historię do góry nogami ale Normandię zdobyli.

Po tak ekscytujących chwilach wracamy do domu. W drodze powrotnej natrafiamy na piękne chateau oraz dosyć ciekawe prywatne muzeum z wieloma rzeczami wyglądającymi jak wyciągnięte z morza. Fajne bo komponuje się idealnie z wybrzeżem i historią dookoła. W ogóle w północnej Francji takich prywatnych zbiorów jest bardzo wiele. Niestety nie udaje się nam zwiedzić pomieszczeń gdyż przybywamy już po godzinach urzędowania. Zatem po krótkiej sesji fotograficznej jedziemy do miejsca naszego zakwaterowania, które jak się okazało było tajną bazą szpiegowską siatki amerykańsko-żydowsko-włoskiej.

Otóż po spokojnym rozbiciu i krótkiej toalecie udajemy się leniwie do miejsca przeznaczonego na spożywanie. Wspólna kolacja cementuje nas jeszcze bardziej. Opowieści rodem z Narni czy zdarzenia typu „diki kit” rozweselają nas mile. Dołącza się do nas przemiła gospodyni. Oczywiście poddana jest ona testowi na prawdomówność. Podajemy jej serum prawdy domowej roboty. Po spożyciu poddajemy ją obserwacji i ginie w gąszczu pytań i rozmów. Ów test zdaje na piątkę z plusem po czym oznajmia, że musi udać się na spoczynek, zapewne skutki uboczne naszego serum dają się we znaki. Nagle ni stąd ni z owąd ktoś ładuje autem w bramę. Nasza czujność rejestruje całe zajście wyglądające na mega podejrzane. Niemniej od tej chwili postanawiamy rozpocząć akcję o kryptonimie „stejsi”. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że możemy być inwigilowani w każdym momencie i od tej chwili przyjmujemy założenie, że jesteśmy turystami i ogólnie to tylko sobie jeździmy po świecie. Po jakimś czasie, gdy część z nas udała się na spoczynek, a druga część ustala plan wyprawy na kolejny dzień przyłącza się do nas niewinna istota, która miała udział w wydarzeniu opisywanym przed chwilą. Niby nic takiego ale daje się zauważyć jakieś dziwne lustrowanie każdego z nas. Niestety nie mamy kontaktu z naszym wywiadem – zerwane połączenie – niemniej wrodzona ostrożność podpowiada nam, że coś tu nie pasuje. Zatem zaczynamy grać. Oczywiście dostajemy pytań multum, skąd, jak, gdzie, po co, i dlaczego, a czy byliście tam i tam? Nie podoba nam się to zatem stosujemy nieznany dotychczas fortel na tzw „historyka patriotę”. Przedstawiamy dzieje i losy jednego z bohaterów. Rozmiękczamy tym samym przeciwnika i doprowadzamy do płaczu. Jest niemal pewne, że mamy do czynienia ze szpiegiem. Krokodyle łzy smutku nas nie zmiękczą. Dla pewnego potwierdzenia stosujemy serum prawdy. Tym razem francuskiej marki i o to…zaczynamy dowiadywać się o pochodzeniu, skąd, jak i dlaczego. To zwierzyna stała się myśliwym. Agent zostaje zdemaskowany. Zatem po kolei w stylu angielskim każdy z nas usuwa się w cień udając na spoczynek. Saper nie daje za wygraną i skrzętnie dąży do wyjawienia pełnej tajemnicy. Niestety nie udaje mu się to ale umiejętnie podpuszcza szpiega aby ten wpadł w zasadzkę przygotowaną przez nas. Odchodzimy każdy do swoich kwater. Po chwili jednak ktoś próbuje wedrzeć się do naszego lokum. Robi to zbyt głośno i nieumiejętnie i w ten sposób zdradza swoje zamiary. Operacja „stejsi” nie została odwołana toteż w wyniku podpuchy Sapera, a następnie szybkiej reakcji cześć z nas przyjmuje pseudonimy operacyjne jednocześnie wyznaczając sobie zadania. ”Raszian spaj” – to on udając miłego i uczciwego rozmiękcza przeciwnika na wstępie i w ten sposób daje mu poczucie, że realizuje on swój plan bez cienia naszych podejrzeń. „Nejked men” – okazuje zainteresowanie udając, że nie rozumie słów a jedynie się domyśla. To on jest mózgiem operacji, steruje całą sytuacją. Trzeba przyznać, że pomysł na rozegranie jest pierwszorzędne. Szpieg zaczyna odkrywać karty. Zrzuca maskę. Nie ma już nic do ukrycia. Lecz by dać mu poczucie panowania nad sytuacją i wciągnąć do dalszej gry „Lusi” i „Dusi” odwracają jego uwagę przerywając mu trzeźwe myślenie śmiechem i celnymi uwagami. Za każdym razem wytrącają mu argumenty wywiadu. Agent musi non stop interweniować „szszszszszpetą” czyli zaklinaniem w języku szpiegów. „Raszian spaj” każdorazowo serwuje serum prawdy rozmiękczając delikwenta. Dodatkowo dla odwrócenia uwagi „Pornostar” udając pochrapywanie rejestruje wszystko. Jego rola to włączenie się w sytuacji kryzysowej. Informujemy więc agenta, że najumiejętniej włada dialektem bez barier właśnie „Pornostar”. Ten udaje wybudzonego i próbuje grać na zwłokę, decydując, że trzeba skończyć ten etap akcji i przejść do wymiatania agresora z naszego terenu. Po dłuższym dialogu przeciwnik odchodzi z niczym. Wydaje nam się, że nie daliśmy się rozpracować. Starcie mamy wygrane ale jak się okazuje tylko pozornie, a pozory mylą. Tak jest i w tym przypadku. Szpiega słychać w okolicy jak nawiązuje kontakt z przełożonym i tłumaczy mu, że nie daliśmy się złamać zatem zadanie niewykonane. Niemniej jednak chyba dostaje nowe wskazówki, bo gdy na chwilę tracimy czujność, ktoś próbuje nas zaatakować. Agent skrzętnie omija „Raszian spaja” i próbuje uderzyć w dowódcę (celowo czy nie tego nie wiemy-jest ciemno). „Nejked men” błyskawicznie spycha przeciwnika na „Lusi” cedząc słowa „noł, noł, hi, hi”. Reakcja „Lusi” natychmiastowa – „łokieć, pieta i nie ma klienta” z soczystym „SyPyRy” odrzuca agresora do pomieszczenia. „Pornostar” czuwa. „Raszian spaj” reaguje natychmiastowo acz elegancko pozbawia przeciwnika złudzeń na skuteczne pozyskanie języka. Kiedy wydaje się że sytuacja kryzysowa jest już zażegnana słyszymy głośne odgrażanie się i ryk silnika samochodu jadącego po ciemku w naszym kierunku. Jakimś cudem udaje się nam uniknąć rozjechania przez wściekłego agenta. Po chwili zapada cisza i tak do samego rana. Śpimy czujnie lecz nic się już nie wydarza. Operacja „stejsi” zakończona powodzeniem.

Dzień 26.05.2016 zaczyna jak poprzednio. Szybka pobudka, mycie, szamka i odjazd. Wciąż nie możemy uwierzyć w to co nas spotkało w nocy. Trochę zmęczeni odjeżdżamy na wschód. Kierunek docelowy Verdun – najpotężniejsza twierdza pierwszej wojny światowej. Dzień cały upływa nam głównie na jeździe. Do celu mamy 570km więc…”szybko, szybko nie mamy czasu”. Niestety mijamy Caen. Szkoda, bo byłoby co zwiedzać ale za to decydujemy się odwiedzić cmentarz „maczkowców” w Falais. Niestety kiepski bank informacji, każe nam błąkać się po tym mieście celem wyszukania języka. Jako że Francuzi z językiem angielskim na bakier znajdujemy z Tomkiem informację turystyczną i dowiadujemy się że mamy się cofnąć 20 km do tyłu. Decyzja tylko jedna – lecimy dalej ale zbaczamy na Mont Ormel tzw Maczuga, miejsce, gdzie nasza dywizja pancerna gen. Maczka zakorkowała kocioł, w którym znalazła się armia niemiecka uciekająca w kierunku Niemiec po klęsce w Normandii. To wydarzenie uznawane jest za zakończenie walk o Normandię. Pełni radości z widoków jedziemy na wzgórze. Kręta droga zwana doliną śmierci każe zadać pytanie, jak z ostrzału prowadzonego z naprzeciwległej góry można było przetrwać? Zajeżdżamy więc na górę. Wzgórze piękne. Pole widzenia jakieś 140 stopni. Widać stąd wszystko jak na patelni. Niemniej z historii wiemy, że Polacy walczyli tu ostatkiem sił. Dużo nie brakło, a napierający i zdesperowany wróg rozbiłby w pył naszych pancerniaków. Podchodzimy dalej i widzimy ścianę jako pomnik upamiętniający to zdarzenie oraz ku uciesze Marii jest także Sherman, za którym zdążyła się już stęsknić. Pomijam fakt wozu bojowego z oznaczeniami „le frans rezistau”. W oddali widać pomnik gen. Stanisława Maczka, ładnie udekorowany kwiatami i zniczami. Oddajemy hołd i decydujemy zwiedzić muzeum które jest pod nami. Niewielkie ale ciekawe. Opis i omówienie w języku polskim. Centralnie znajduje się makieta pola bitwy, która współgra z prezentacją przedstawianą na kilku monitorach. Fajne, bo dzięki temu widzimy jak dzień po dniu przebiegał front i jak przemieszczały się oddziały. Dookoła mnóstwo zdjęć, małych makiet i troszkę szpeju. Nie może zabraknąć oznaczeń „wiewióra” pancernego. Fajne akcenty. Na koniec puszczany jest film w języku polskim, gdzie nagrano opowiadania kombatantów polskich i niemieckich. Ciekawe przeżycie godne uwzględnienia w wyprawach. Po krótkim posiłku startujemy jednak, bo czas nas goni. Znów zaczyna się „bułgarski kołowrotek”. Nie zwalniamy tempa. Jedziemy. W Rouen postanawiamy się rozdzielić. Pierwsza ekipa jedzie szybciej mija Paryż my kierujemy się na Compiegne by zobaczyć inny kawałek Francji. Dosyć późno bo około 23-ciej docieramy do Verdun. Niestety pogoda pod psem. Po ciemku dojeżdżamy do miejsca biwakowania – stare koszary - rozbijamy namioty w deszczu, byle tylko przeczekać do rana.

27.05.2016 rozpoczyna się szybkim wstawaniem i zwijaniem naszego obozowiska bo…ni jak nasze kolorowe współczesne namioty nie komponują się z mega czy nawet giga obozowiskiem jak sprzed 100 lat. Mnóstwo rekonstruktorów w różnych mundurach - francuskie, pruskie, tureckie, brytyjskie, jest i rumuńska flota Kriegsmarine, austrowęgierskie wojska, są też jankesi, tureckie mundury widać także i nawet znalazł się Japończyk. Idzie oszaleć od koszerności i dbania o szczegóły. Cudo, normalnie cudo. Auta, broń zmechanizowana, kawaleria, kuchnie polowe, sanitariuszki, flagi, namiot pocztowy, siano, psy gończe i wszystko po staremu. Multum rekonstruktorów i gapiów z aparatami. Namierzyliśmy nasz drugi wóz. Pada rozkaz zwinięcia się i ułożenia się obok nich całkowicie koszernie tj. siano i celty. Noce już ciepłe więc będzie weselej. Przychodzą do nas organizatorzy i proszą o usunięcie pomarańczowego dyliżansa wraz z namiotami bo za niedługo w tym miejscu rozpocznie się defilada. Realizujemy polecenie, rozbijamy się koło naszych i zabieramy pomarańczową strzałę aby ja ukryć nieco dalej. Rozkaz wskoczenia w mundur realizujemy w moment chwilę toteż po śniadaniu spacerujemy sobie oglądając bardziej spokojnie. Trzeba przyznać że obchody setnej rocznicy bitwy o Verdun są realizowane z rozmachem. Widać to już przy samym śniadaniu. Różnorodność i ilość szamki – trzeba zaznaczyć że pysznej – pokazuje już skalę przedsięwzięcia. O 11-stej godzinie odbywa się uroczysty apel. My zdążyliśmy się już zbratać z Węgrami. Bardzo fajni i ciekawi ludzie. Wyglądający mega epokowo. Zostaliśmy podzieleni na dwie strony wojsk sprzymierzonych i ententy. Oczywiście hymny francuski i niemiecki, wciągnięcie flag na maszt i przemowy dowódców całego zamieszania. Dla nas jest trochę dziwnie, bo prócz Marii rozumiemy trzy po trzy niemniej jednak wykonujemy wszystko jak na zaleceniach. Dosyć ciekawie to wygląda poza tym to raj dla fotoreporterów. Po 30 minutowym apelu rozchodzimy się, a moja fotoreporterska ciekawość gna mnie po praktycznie wszystkich żywych dioramach. Przyznam, że jestem w swoim żywiole. Nagle Mirek i Marek decydują by wyruszyć na krótkie zwiedzanie rossuarium Douaumont czyli charakterystyczną budowlę upamiętniającą żołnierzy poległych w bitwie pod Verdun (ponad 700 tysięcy żołnierzy obu walczących stron). Niestety nie wpuszczają nas do tego miejsca mimo że jesteśmy w mundurach epokowych. Spowodowane jest to przygotowaniami pod jutrzejsze wystąpienie prezydentów Francji i Niemiec. Wszystko obstawione ale cmentarz nie. Całkowicie inny niż dotychczas przez nas zwiedzane. Same krzyże i bez przepychu. Proste równo od siebie oddalone. To chyba największy który widzieliśmy. Ich ilość zdaje się nie mieć końca. Piorunujący widok. Chwila zadumy, oddania hołdu i zbieramy się na kolejny fort. Przewodnikiem jest tu Marek. Trzeba przyznać że bardzo dobrze się przygotował do zadania. Nagle niepostrzeżenie podchodzą do nas gapie. Chcą zrobić sobie z nami pamiątkowe zdjęcia. Jednemu z ciemnoskórych młodzieńców daje swoją czapkę. Zastanawiamy się kogo nam w tym stroju przypomina i nagle olśnienie. Odnajdujemy nieślubne dziecko her Doctora. No wypisz wymaluj taki sam tylko troszkę ciemniejsza karnacja. Dostaję ostrzeżenie że po pożyczce czapki jest bardzo realne że pokręcą mi się włosy jak u tego młodziana. Ryzykuje jednak i w szyku bojowym lecimy na następne miejsce, a jest nim fort de Vaux. Miejsce bardzo ciężkich walk w lutym 1916 roku. Spadały na ten odcinek frontu pociski 420mm – kolosy. Niemniej jednak fort się trzymał aż do 4-ego czerwca. Zastosowano tu gazy bojowe oraz miotacze ognia. Dojeżdżamy przez leśną drogę do miejsca. Przedpole super wykoszone. Widać leje jeden koło drugiego. Tu musiał się rozgrywać istny horror. Nie ma miejsca by można było się ukryć. Przed nami szczątki fortu nieźle zachowanego i w swej budowie bardzo przypominającego nasz np. Zniesienie. Żelbetowa konstrukcja, stalowe kaponiery. Całość robi wrażenie trudnego do zdobycia. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy nie przekroczyli czerwonej linii i nie zapuścili się w głąb fortu. Co mnie zaskoczyło to fakt w jaki sposób pozyskują turystów. Powinniśmy się uczyć od nich jak tego dokonywać. Po krótkim zwiedzaniu udostępnionej części wracamy do obozowiska, gdyż przygotowujemy się na główną defiladę. Około godziny 16-ej – tuż po obiedzie gdzie serwowano owoce morza następuje alarm i w szyku dostajemy rozkaz wymarszu do centrum miasteczka na główne obchody. Cała grupa, najpierw wojska alianckie potem Prusacy, Austro-węgrzy, stawkę zamykają Rumuni z Kriegsmarine w zwartych kolumnach w niemiłosiernym słońcu maszeruje krokiem defiladowym po miasteczku. Ludzi mnóstwo. Niektórzy klaszczą inny próbują dotknąć. Fajnie jest. Co ciekawe, wojskom pruskim zabrania się równego kroku marszowego, bo ponoć mieszkańcy źle to postrzegają zatem chłopaki luzują i idą tak sobie. My natomiast prężymy pierś i idziemy z Węgrami bardzo równo. Miasteczko piękne, kameralne, przez środek przepływa Moza, jest pięknie tylko to niemiłosierne słońce pali. Po dwóch okrążeniach miasta dochodzimy do Monument de la Victoire. Długie schody z pomnikiem pięknie przystrojone kwiatami w barwach francuskiej flagi. Ustawiamy się wszyscy na schodach a u podnóża tłumy ludzi. Odgrywane są hymny francuski oraz niemiecki. Potem wiele przemówień mera miasta oraz zaproszonych gości. Kolejno grają i maszerują orkiestry w tym regimentu szkockiego. Świetnie to wszystko wygląda. Po całym przedsięwzięciu dostajemy rozkaz rozformowania i każdy ma chwilę dla siebie. W rozluźnionym szyku przeciskając się pomiędzy ludźmi wracamy. Niemniej jednak po drodze zatrzymujemy się w kafejce by uzupełnić elektrolity. W ślad za nami idą wszystkie grupy i w ogródkach na deptaku nad Mozą mamy znakomitą większość. Po chwili Zbysiu intonuje „oooo gregorian”. Cisza jak makiem zasiał. Każdy słucha z otwartymi ustami i niedowierzaniem. Dostaje gromkie brawa. Nagle z drugiej strony dołączają się Francuzi. Na to Zbysiu odpowiada „o sole mio”. Francuzi nie dają za wygraną i śpiewają swoje utwory. Na to Zbysiu znów odpowiada swoimi umiejętnościami, a my dołączamy się do niego. Francuzi pasują. Z tej batalii wychodzimy zwycięsko i od tego momentu Zbysiu zdobywa uznanie i staje się obozowym celebrytą. Wracamy w dobrych humorach, śpiewając m.in. „brunetki, blondynki” czym wzbudzamy zachwyt okolicznych niewiast. Ehhh ta sława. Tak nastaje wieczór pełen przygód i kolejno każdy z nas zapoznaje się z bracią rekonstruktorską innych grup by wspólnie pogwarzyć, w szczególności z węgierskimi braćmi. Tomek natomiast idzie po bandzie i zdobywa nawet opaskę kamikaze. Pełni wrażeń wracamy do swoich miejsc na odpoczynek na sianku i pod celtami.

Dzień 28.05.2016 od rana krzątanina. W tym dniu organizator zadbał o to by rekonstruktorów podzielić na grupy i wysłać przedstawicielstwa na obchody do okolicznych miasteczek i wiosek. My po obfitym śniadaniu stawiamy się wraz z Francuzami, Brytyjczykami oraz Węgrami i Rumunami w Haudainville. Musztra w szczególności tych ostatnich budzi podziw. Cała ceremonia przeciąga się maksymalnie jak może. W związku z powyższym z braku zajęcia nasza pomysłowość zostaje pobudzona i wyraża się poprzez plac zabaw. Na nieszczęście dla powagi sytuacji ktoś rysuje nam białą kreskę do której mamy się ustawić, tylko jakoś szybko znika. Wiele przemówień, wierszy w trzech językach, repertuaru kółka gospodyń. Kameralnie podniośle i ciekawie. Po całych uroczystościach jesteśmy zaproszeni na skromny poczęstunek. Atmosfera się rozluźnia. Natrafiamy na wesele więc standardowo pozujemy do zdjęć. Jest tak rodzinnie. Rozpoznaje nas nawet jedna Pani, której mąż był Polakiem. Ona sama rozumie i mówi trochę po Polsku więc jest przezabawnie i sympatycznie. Naprawdę jesteśmy traktowani bardzo gościnnie. Fajnie jest ale…czas nas goni. W świetnych humorach wracamy do obozu na obiad po czym decydujemy się na wypad do fortu de Troyon, nigdy nie zdobytego, od 1914 mocno bombardowanego, jednego ze strategicznych miejsc dla losów bitwy nad Marną. Docieramy tam zaskoczeni. Jak pięknie jest on przygotowany dla turystów i jak pięknie zachowany. Oczywiście kustosz tej części fortu pozwala nam wejść za darmo jako, że jesteśmy w mundurach stanowiąc piękne tło dla całej scenerii. Całkowicie inaczej wyglądający niż mamy do czynienia z naszymi fortami. Jest piękny, wiele kazamat, przejść robiących nastrój migających lampek. Wszystko to dostępne do zwiedzania. Pieczołowicie zadbane, robiące wrażenie monumentalnych rozmiarów świetnie przygotowane na turystów. Bardziej mi się podoba ten fort niż Vaux. Konstrukcja nie jest żelbetowa lecz wykonana z ciosanego kamienia. Wrażenia niesamowite. Spotykamy niemieckiego fotografa Sean Gallup, z którym udało się nam zobaczyć już wcześniej. Rozumie on trochę nasz dialekt więc zadowolony realizuje nam sesję fotograficzną. Pełni zadowolenia wracamy zahaczając w drodze o cmentarz żołnierzy niemieckich w Troyon. Skromny, ułożony na wzgórzu z metalowymi krzyżami. Odczytujemy tu wiele polskobrzmiących nazwisk. Panuje cisza wśród przepięknej scenerii. Mają tu ładne miejsce na spoczynek. Wielu ich tu leży. Zazwyczaj bardzo młodzi chłopcy lub rezerwiści powołani by pomóc fort de Troyon. Jeszcze chwila i zbieramy się do odjazdu. Między czasie Mirek imponuje owcom jako przewodnik stada i możemy jechać. Wracamy na kolację. Bratamy się z francuzami odtwarzającymi regiment Yorkshire, grającymi szkocką muzykę m.in. na dudach. Występ się tak rozwija, że koncert przedłuża się wplatając współczesne kawałki rockowe. Świetnie wymiatają. Po takiej dozie kultury, już po cywilnemu decydujemy się na nocne zwiedzanie miasteczka, podsumowanie całego wyjazdu. Niektórzy z nas zasypiają na siedząco. Tyle wrażeń w tak krótkim czasie daje znać o sobie. Wracamy do obozowiska, praktycznie spakowani czekamy ranka dnia następnego.

Dzień 29.05.2016, szybka pobudka, toaleta i 6 wyjazd. 1550km przed nami. Tego dnia nie wydarza się już nic ciekawego. Cały dzień jesteśmy w drodze. Mnie wydaje się, że Niemcy są krótsze ale około godzin popołudniowych docieramy do naszego kraju lecz przed nami jeszcze długa droga na wschód. Po drodze żegnamy Marii i Tomisza. Koło 24 docieramy do Bochni, przegrupowujemy się do Toyoty i startujemy. Do Przemyśla docieramy na 2-gą w nocy. Cali, zdrowi, i bezpieczni.

Co to był za wyjazd. Pełen zwrotów akcji, licznych pomysłów. Wiele obrazów zostanie mi w pamięci. Czy warto wybrać się w taką wycieczkę? Bez dwóch zdań. To coś czego nigdy się nie zapomni mimo... bułgarskiego kołowrotka.




<<< powrót